„Bardzo zimna wiosna” Katarzyna Tubylewicz

Uwielbiam wszystko co skandynawskie. Literatura, filmy, friluftsliv, koselig – bo ja bardziej norweska jestem 🙂 Teraz mogę na listę wpisać naszą cudowną Katarzynę Tubylewicz. Choć Bardzo długa wiosna nie jest moim pierwszym spotkaniem literackim z Katarzyną Tubylewicz, to na pewno fakt, że książka którą przeczytałam jest kryminałem, to już nowość. Cokolwiek by mówić o kryminałach samych w sobie, to Skandynawowie są dla mnie mistrzami tworzenia mrocznego i surowego klimatu. A jak wypadła nasza Katarzyna Tubylewicz – FANTASTYCZNIE!

Bohaterowie stworzeni przez autorkę są tacy „swoi”. Nie wiem czy to dobre określenie, ale czytając miałam wrażenie, że mogłabym ich znać.

Nie ma tu przerysowanej akcji, gdzie super policjanci wystrzeliwują szesnaście nabojów z broni z magazynkiem na siedem kulek. Jest zagadka, intryga i tajemnica. To co podoba mi się w książce najbardziej, to fakt, że w fabułę wmieszano wątek problemów społecznych. Gdybym była nadgorliwa to pewnie mogłabym dyskutować czy „Bardzo zimna wiosna” to kryminał z wątkiem obyczajowym, czy obyczaj z wątkiem kryminału, jednak nie zmienia to faktu, że poza ciekawym motywem kryminalnym, mamy też warstwę społeczną, która dodaje jeszcze więcej charakteru książce. Przemoc wobec kobiet, współczesna Szwecja wymieszana z wątkiem II Wojny Światowej, imigranci i stosunek społeczeństwa do nich. Stereotypy, marginalizacja i nierówność ze zbrodnią w tle.

 Jeśli już ogarniecie swoje domowe obowiązki i rozsiądziecie się w fotelu aby partycypować w wyzwaniu #zostajewdomuiczytam to powinniście sięgnąć po debiut kryminalny Kasi Tubylewicz. Polecam usadowić się w wygodnym miejscu. Wyłączyć telefon, komputer. Zrobić termos ulubionego napoju, zapas kanapek i zacząć czytać, przenosząc się do mrocznej i chłodnej Skandynawii.

„Dziewczyna znikąd” Amy Reed

Ten rok jest dla mnie literacko wyjątkowy. Po przeczytaniu “Dziewczyn znikąd” Amy Reed i moim zachwycie tą lekturą, spojrzałam wstecz i uświadomiłam sobie, że większość książek, które od początku roku przeczytałam były bardziej, bądź mniej, ale na pewno dobre. Literatura, która niesie za sobą jakieś przesłanie jest w dzisiejszych czasach wyjątkowa. Mnogość społecznych problemów, które można zamknąć w książce ożywiając je poprzez nadanie im imion czy charakterów, to właściwie misja, która powinna przyświecać większości autorów, ale jak pewnie sami wiecie nie zawsze tak jest. Na szczęście “Dziewczyny znikąd” zaliczają się do tych, chyba jednak nielicznych książek, które niosą za sobą istotny przekaz.

„Dziewczyny znikąd” to historia trzech młodych kobiet – Erin Delillo, Grace Salter i Rosinie Suarez. Każda z inną przeszłością, marzeniami, koszmarami i historią życia, ale z takim samym celem. Dziewczyny w odpowiedzi na wszechobecny seksizm, przemoc oraz brak reakcji szkoły, która milczy w kwestii nadużyć seksualnych i zachowań wykluczających, tworzą klub feministyczny. To właściwie książka o wszystkich dziewczynach.

Autorka za pomocą swoich bohaterek pokazała przejawy szerokopojętego seksizmu, przemocy i marginalizacji, które mają swój początek już na poziomie szkoły średniej, a ich skutki przekładają się daleko, aż na życie dorosłe. Na pewno nie brak tej historii odwagi, łamania tabu i piętnowania przemocowych zachowań. To o czym czytamy dzieje się każdego dnia, w różnych zakątkach świata. Nie ważne jak zdefiniujemy kulturę gwałtu, książka pokazuje że ból i cierpnie nie ma granic. Co więcej “Dziewczyny znikąd” to literatura z półki Young Adult, a tematy w niej poruszane dotyczą każdej z nas niezależnie od wieku i niezależnie od punktu „siedzenia”.

Napiszę jeszcze raz – przemoc, kultura gwałtu, napaść seksualna, samookaleczenia, homofobia, transfobia, mizogina… na prawdę warto poświęcić swój czas na historię, która porusza tak ważne zagadnienia.

„Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii” Małgorzata Sidz

Nigdy nie byłam w Finlandii, oczywiście zawsze chciałam, ale średnio mi to wychodziło. Dzięki temu, że w moich rękach znalazła się kolejna publikacja na temat tej mroźnej krainy, mogę powiedzieć, że bywam tam w ostatnich dniach dość często. Trochę pół żartem, pół serio, jednak faktycznie ostatnimi czasy Islandia stała się literacką celebrytką.

„Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii”, autorstwa Małgorzaty Sidz, to zbiór mniej lub bardziej interesujących historii o Finlandii i Finach, jednak przedstawiony odrobine chaotycznie. Nie znam Finów i ich kultury tak dobrze, właściwie w ogóle ich nie znam, jednak wydaje mi się że autorka podeszła do tej nacji bardzo ogólnikowo, przez co stworzyła stereotyp potencjalnego Fina. Gdybym miała podjąć decyzję czy jechać do tej cudnej krainy na podstawie informacji zawartych w książce, to wybrałabym inny kierunek.

aby odnieść się do informacji zawartych w książce, dlatego pozostaje mi odniesienie się do formy przekazu.

Jakby to napisać, aby rownież nie szufladkować tak jak zrobiła to autorka? – ta myśl zaprzątała mi głowę przed napisaniem swojej opinii. Faktem jest, że książkę czytało się szybko. Jednak miałam wrażenie że niektóre z opowieści są podkoloryzowane pod książkę.  Sama lektura nie jest opasła, bo liczy jedynie ok. 240 stron, jednak dłużyło mi się przepotwornie.

Nie wiem czy autorka jest Finlandią zafascynowana, jednak skupiała się głównie na relacji Finowie vs Finowie szwedzkojęzyczni.

Chce zostawić na chwilę w oddali samą historię i fakty na temat Finlandii, bo można pisać o zakątku, o miasteczkach, ludziach i nawykach, ale dla mnie ważne jest również to w jaki sposób autorka przekazuje treść. W tym przypadku nie było po prostu chemii między mną a Małgorzatą Sidz, ALE nie znaczy to wcale, że książki przeczytać nie warto, po prostu nie tego się spodziewałam.

Reasumując – pomimo, że otrzymałam od autorki sporą „kiepskostrawną” dawkę informacji to z mojej perspektywy nie jest to lektura, którą przeczytałabym po raz drugi.

„Ślady miasta. Ewald i Maj” Lars Saabye Christensen

Ślady miasta. Ewald i Maj” Larsa Saabye Christensena, to książka po której spodziewałam się zupełnie czego innego. Czy to źle? Nie. Czy to dobrze? Też nie. To po prostu inaczej, ale jakże apetycznie i smakowicie.

Powojenne Oslo i okres odbudowy po II Wojnie Światowej. Miasto, które dzięki autorowi zyskuje ciało w postaci domów i uliczek oraz duszę w postaci historii i kultury. Trudny czas dla świata sprzyja tworzeniu się skomplikowanych relacji międzyludzkich, ale mimo wszystko buduje także ducha wspólnoty. Poznajemy Kristoffersenów – Ewalda, May, Jespera oraz ich przyjaciół i znajomych. Ich wzloty, upadki, miłości, przyjaźnie po prostu codzienne życie. Wyraźną osobowością jest Jesper Kristoffersen. Młody wrażliwy i pełen empatii chłopak. Jakże odmienny od swoich rówieśników, właściwie to można powiedzieć, że uosabia emocjonalną mieszankę wybuchową. Mai, matka Jespera, która kocha swojego syna i jednocześnie odczuwa w stosunku do niego troskę, na codzień jest dobrze zorganizowaną kobieta, nie tylko żoną i matką, ale również skarbnikiem Czerwonego Krzyża w Faberborgu. I na końcu ojciec i mąż, Ewald, nieco nieobecny lekkoduch, delikatnie mówiąc, zdystansowany w stosunku do rodzinnych relacji. Spędza dużo czasu w barze z kolegami. Jednak jego życie i życie całej rodziny zmienia się po zdiagnozowaniu u niego ciężkiej choroby. I tak krążymy między ludzkimi historiami przechadzając się jednocześnie ulicami Oslo. Miasto i jego mieszkańcy zmieniają się i czy chcą tego czy nie muszą się dostosować do jakże nowej rzeczywistości.

Lars Saabye Christensen stworzył postacie tak prawdziwe, że nie sposób ich zlekceważyć. Ich autentyczność i emocjonalność spowodowały, że faktycznie się z nimi zżyłam. Można czytać książkę, którą napisał uznany, obsypany nagrodami autor i nie poczuć nic, ale są takie historie, które przede wszystkim wypełnione są dobrze stworzonymi charakterami, dopiero wtedy można całym sobą towarzyszyć bohaterom w ich codzienności. Każdy rozdział, każdą historię uzupełniały notatki/protokoły ze spotkań lokalnego oddziału Norweskiego Czerwonego Krzyża, jednocześnie notatki te stanowią tło i kontekst codziennego życia bohaterów. Bardzo spodobała mi się taka forma.

„Ślady miasta. Ewald i Maj” mogą bez reszty wchłonąć czytelnika (tak jak mnie). Rzecz jasna, nie każdego, bo nie jest to literatura z akcją, która powoduje lekką tachykardię. Nie czyta się jej szybko, wiec to raczej lektura dla tych, którzy lubią w wolnym tempie delektować się dobrą literaturą. Ja jestem zachwycona, a dodatkowo pozytywną informacją jest fakt, że to dopiero pierwsza część trylogii. Druga i trzecia została już wydana w języku norweskiem pod tytułem „Byens Spor: Maj” i „Byens Spor: Skyggebogen”. Polacy mogą również znać Larsa Saabye Christensena z pozostałych czterech powieści, które podobnie jak ta zostały wydane przez Wydawnictwo Literackie.

„Kobieta ze szkła” Caroline Lea

Islandia XVII wieku. Miejsce przesycone odcieniami szarości. Historia osadzona w mroźnych, bezkompromisowych i bezlitosnych islandzkich warunkach. Tęsknota, tajemnica i zakazana miłość stały się tłem opowieści, a postacie stworzone przez autorkę nie pozwoliły mi potraktować ich bezrefleksyjnie, a już na pewno nie mogłam przejść obok nich obojętnie

Mieszkańcy islandzkiej wioski, walczą codziennie o przetrwanie, walczy również ona – Rósa, młoda kobieta, której życie nie oszczędziło. Ze względu na ciężką sytuacje życiową w jakiej znalazła się wraz z matką, któregoś dnia musiała podjąć ważną decyzję – wybrać miłość czy rozsądek. Żyjąc w małej, zubożałej społeczności, Rósa obawiała się, że jej matka, Sigridúr, nie przeżyje zimy. Dziewczyna musiała znaleźć rozwiązanie i zapewnić matce ciepło i jedzenie. 

Sposobem na to było wyjście za mąż za Jóna Eiríkssona, zamożnego przywódcę jednej z osad. Ich związek był gwarantem bezpieczeństwa i komfortu Sigridúr. W takiej sytuacji sprawa była dla Rósy jasna – pomimo uczucia do swojego przyjaciela wyszła za mąż za Jóna i wraz z nim przeprowadziła się do odległej wioski. Niestety tam też nie miała łatwego życia, traktowano ją podejrzliwie i z dystansem, a fakt, że była żoną swojego męża więcej pogarszał niż ułatwiał. Jón to tajemnicza postać. Przed Rósą miał żonę, która zmarła, jednak temat śmierci jego pierwszej żony, otoczony był nie tylko tajemnicą ale również plotkami, intrygami i mrocznymi siłami.

Caroline Lea maluje głęboko złowrogi obraz środowiska w którym przebywa Rósa. Głód i śmierć jest na wyciągnięcie ręki. Jednak autorka pokazuje Róse jako pełną poświęcenia córkę, choć martwi się ona również o siebie to najważniejsze dla niej jest przyszłe życie matki.

Sama Rósa to dla mnie w odbiorze dość problematyczna postać. Z jednej strony jest niewątpliwie silna i niezależna wewnętrznie, za to na zewnątrz uległa i posłuszna.

Jednak w którymś momencie całkowicie pochłania ją poznanie wszechobecnych tajemnic.

Autorka stworzyła niesamowitą i przeszywającą atmosferę izolacji oraz podejrzeń, która przenika całą historię. Posługiwanie się przez Lea „wyspiarskim” językiem oraz jej znajomość codzienności mieszkańców, powoduje że jeszcze bardziej zagłębiłam się w historię.

Nie będę też ukrywać, że momentami zakręciła mi się łza w oku, w szczególności przy końcu historii, bowiem nie wszystko może być takie jak nam się wydaje.

„Kobieta ze szkła” ma po prostu swój unikatowy klimat i myślę że warto się w niego wgłębić.

„Song nauczycielki” Vigdis Hjorth

Jest w psychologii społecznej takie zjawisko jak jaźń odzwierciedlona. Ludzie mają określoną i często ugruntowaną wizje samych siebie. To jak postrzegają swoje postawy czy poglądy jest bardzo subiektywne. Zdarza się jednak, że to co myślimy na swój temat mija się z tym w jaki sposób jesteśmy postrzeganie przez innych.  Zderzenie ze sobą tych dwóch wykluczających się wizji swojego JA, powoduje zaburzenie postrzegania własnej tożsamości – krótko – wizja samej siebie nagle zostaje nadszarpnięta.

„Song nauczycielki” to swego rodzaju studium przypadku Lotte Bøk, dojrzałej, inteligentnej kobiety z ugruntowanymi poglądami i opinią na swój temat. Historia toczy się na tle środowiska uniwersyteckiego vs życia prywatnego. Pewnego dnia do wykładowczyni Akademii Sztuk Pięknych przychodzi student, Tage Bast, prosząc o udział w jego eksperymencie. Jest w trakcie realizacji swojego projektu i filmuje wybranych przez siebie nauczyciel, pokazując ich środowisko zawodowe oraz prywatne. Lotte wyraża zgodę i z czasem wchodzi w eksperyment całą sobą.

Nasza bohaterka jest osobą ustatkowaną. Ma swój własny światopogląd i podejście do życia i delektuje się każdym dniem. Jednak kiedy godzi się na udział w projekcie, wtedy jej ładnie poukładane życie zaczyna przybierać formę nieładu. Czy aby na pewno jest taka jak się jej wydawało? Szczególnie uczy klasycznych dzieł Bertolta Brechta Będzie filmował wielu nauczycieli w szkole prywatnie i zawodowo, aby wyjaśnić związek między osobą prywatną i zawodową. Na swoich zajęciach omawia wraz ze studentami (przynajmniej teoretycznie) klasyczne dzieła Bertolta Brechta

Song nauczycielki to bardzo dobra literatura. Prowokuje do przemyśleń nad tym kim jesteśmy, kogo gramy i tym jak inni odbierają tą naszą grę na arenie życia.  Jednak wiem na pewno, że nie każdemu przypadnie do gustu. Fabuła toczy się powoli. Leniwym egzystenczonalnym tempem. Jest sporo nawiązań do Bertolta Brechta, a

To co może nużyć, to długie wywody na temat twórczości Brechta. Wplecione są w fabułę przede wszystkim za sprawą wykładów jakie prowadzi główna bohaterka.